Wróciłam. Jestem w Polsce. Słowo wróciłam nie wydaje mi się odpowiednie. Oznaczałoby, że coś się skończyło, że było, minęło i tyle. A ja nie chce żeby tak było. Chce, żeby każdy dzień, tydzień, każda chwila, która w moim życiu była skutkiem, a potem przyczyną czegoś nowego. Żeby miała znaczenie i żebym ja zdawała sobie z tego sprawę. Chcę, żeby moje życie było ciągłością, a nie tylko bytem złożonym z rzeczy, które się zaczynają, a potem kończa.                                                                               Od końca września jestem w Polsce.  Czy jest inaczej? Czy jest lepiej? A może gorzej? A może tak samo?

Ciężko mi to ocenić. Pewne rzeczy się nie zmieniły, pewne zmieniły, niektóre na lepsze, inne na gorsze. Przecież ‚everything’s changing’. Nawet jeśli coś się nie zmieniło – to ja sie zmieniłam. Cały czas się zmieniam. Moje poglądy, wizje, wyobrażenia. Tak więc obiektywnie rzecz biorąc coś może być takie samo, ale dla mnie będzie inne.

Już chyba pierwszego dnia zaczełam pytać samą siebie z niedowierzaniem, czy moje ostatnie ponad 365 dni były prawdziwe. Wiem. Były. Były prawdziwe. Były najlepszymi w moim życiu. Oczywiście nie każdy z nich. Niektóre napewno mogłabym zaliczyć do jednych z najgorszych. Na szczęście (w tym przypadku)  nie zostałam obdarzona pamięcią absolutną i pamiętam generalnie to – co było dobre. Co było najlepsze!

Właśnie się zorientowałam, że w lipcu (dawno dawno temu) miałam ostatni moment natchnienia  i to wtedy zamieściłam ostatni wpis. Trochę to rozczarowujące. Przepraszam, więc tych, których zawiodłam. Którzy chcieli się dowiedzieć co tam u mnie, a ja olałam sprawę. Teraz mimo, że mam/będę mieć mniej czasu, zamierzam nadrobić zaległosci.

Zaległości to dość dużo. To większość Australii, Kuala Lumpur, kawałek Sri Lanki, Londyn i powrót do Polski. To moje zmagania z samą sobą, to moje pierwsze samotne podróżei wiele więcej!

Tak więc stay tuned!

Nie wszyscy wiedzą co jest stolicą Australii, bynajmniej nie jest to Sydney. Właśnie do stolicy miałam okazję pojechać parę dni temu. Miasto hmm … nie wiem, czy ładne czy nie. Co mogę na pewno przyznać – było dość puste. Wyludnione. Nie duże.                                                                                Głównym powodem wyjazdu była chęć zobaczenia muzeum wojskowego i parlamentu … o! własnie się zorientowałam, że tego drugiego zdjęć nie posiadam ;p no cóż pozostaje Wam google.

Parlamenty sa dwa. Stary i nowy. Nowy, zbudowany jest we wzgórzu. Tak. We wzgórzu, nie na nim. Idea jest taka, żeby politycy się nie wywyższali, bo oni są dla ludzi. Mają im ‚służyć’. Więc zarzadzają z ‚podziemi’.

Poniższe fotki są z muzeum. Uwieczniłam także ciekawe zjawisko znajdujące się przed budynkiem starego parlamentu. Pewna ambasada. Bardzo abORYGINALNIE.

 

No to jestem. O tygodnia jestem w miejscu, gdzie przez lata chciałam przyjechać. Australia.

Większość pewnie myśli, koniec świata. Ja też tak myślałam. Jednak po prawie 9 miesiącach spędzonych w Indonezji, na Bali, gdzie Australia była rzut beretem, odległości jaka dzieli Europę z tym krajem wcale nie odczuwam.  Nie było więc wielkiej ekscytacji. Jasne, spełnia się jedno z moich największych marzeń. Ale świat jest przeciez taki mały. Teraz to wszedzie jest już blisko.

To moja pierwsza podróż w pojedynkę. Jednak nie czuję żebym była tu dokońca sama. Mieszkam z Polską rodziną, którzy żyją w Sydney od wielu lat. Opowiadają ciekawe historie, radzą co zobaczyć, gdzie pojechać.

Spędzę tu prawie 3 miesiące. Kto wie, może nawet zdążę się przyzyczaić.                                   Australia jest droga. Dla turystów oczywiście, bo płace są tu wystarczające i większość mieszkańców żyje pewnie na wyższym poziomie niż obywatele naszego nadwiślańskiego kraju. Trzeba więc będzie znaleźć jakieś źródło finansowania podróży i rozrywek.

Widziałam już operę, centrum biznesowe, china town i Manly beach. Miasto mi się bardzo podoba, ale popularne atrakcje turystyczne jak to zwykle bywa, w moich wyobrażaniach były nieco bardziej imponujące.

Jest też kilka zdjęć. Chyba wszystkie z telefonu. Jest zimno, często pada deszcz, więc z aparatem nie bardzo mi się chce paradować. Licze, że w ciągu tych kilkunastu tygodni  będę miała możliwość ( i chęci) do rozwijania fotograficznych umiejętności. A tymczasem zadowolcie dwoma się komórkowymi z wizyty pod Operą i na Manly beach.

 

 

Mój słomiany zapał coraz bardziej daje się we znaki. Miało być systematycznie, a nie jest. Ostatnio nie bardzo mi się chce. Ale obiecałam sobie, że co najmniej raz w miesiącu coś się będzie pojawiało. Więc jest. Coś.

Udayana Lodge, Jimbaran, Bali, Indonesia.                                                                                                        Mieszkam tu już od listopada. Dom jest cudny. Dwa małe pokoje, salon, mini kuchnia i ogród. Chciałabym mieć taki na własność. No, może dodałabym basen i było by idealnie.

A oto ostatnia prosta prowadząca do domu. Niby z górki, a wcale nie tak łatwo. Nieraz robi się cieplej podczas zjazdu.

Słońce znów zawitało na Bali. Wczoraj nawet zdążyłam sobie spalić twarz. Dzień na plaży zdecydowanie nie jest dniem straconym!

Kilka dni przed końcem roku wybrałyśmy się z Basią na krótką wycieczkę. Siedzimy tu już kilka miesięcy, a wyspa wciąż pozostaje nie do końca odkryta. Nie pomagała nam też pogoda. Od dobrego miesiąca, albo dłużej lało.

Ja najbardziej chciałam zobaczyć  terasy ryżowe (widok z pocztówki) w Tegallalang. Basia dodała dwie świątynie i razem miałyśmy powód żeby wyruszyć. Godzina drogi, przez obwodnicę Denpasar, kolejna godzina, przez liczne wioski i jesteśmy. Wow. Naprawdę ładnie! 

Przynajmniej na zdjeciu. 

Nie no. W rzeczywistości też było ładnie. Choć nie da się ukryć, że byłam lekko rozczarowana gdy przyjechałam i pierwsze co zobaczyłam to Panie sprzedające sarongi, sklepy z różnymi pierdołami     i restauracje.

I tu, zachowam się jak hipokrytka. Bo sama dołożyłam swoje 30 tysięcy do tego biznesu.               Cóż, sok z avocado z odrobiną czekolady, to coś co będzie na zawsze przypominało mi Bali. Jest to jedna z tych rzeczy, którą chciałabym się podzielić jeśli chodzi o wspomnienia. Chciałabym móc wam wysłać go w paczce z pozdrowieniami. Niebo w gębie. Więc i tu pomyślałam, że warto usiąść   i napawając się widokiem popijać ulubiony trunek.

Choć widok był naprawdę ładny i przyjemnie się siedziało, to sok nie był wart nawet tysiaka.

Jedziemy dalej. Wokół nas palmy, pola ryżowe, kury, dzikie psy, gęsi, krowy, jednym słowem wszystko to, co Bali ma najlepszego do zaoferowania (poza oceanem) .. no i oczywiście co jakiś czas masa spalin z jakiejś ciężarówy, ale to przecież norma, choć wciąż nie mogę się przyzwyczaić …

Po drodze nie mijałyśmy wielu turystów. Hmm… może i mijałyśmy, ba, no dobra, na pewno mijałyśmy, ale oni poruszają się albo autobusami, albo mini vanami, z pozaklejanymi szybami w których ja mogę zobaczyć co najwyżej swoje odbicie. My jak na ‚saya mahasiswa’ czy ‚we locals not tourist’ przystało (bo to są najczęstsze słowa wypowiadane przy kontakcie z rodowitymi Indonezyjczykami) podróżujemy skuterem.

Cel drugi świątynia ….  nie bardzo pamiętam jak brzmi jej nazwa.  Nie było tu wielu turystów. Byli tubylcy ( a może lepiej tambylcy :P). Niektórzy brali kąpiele, inni składali dary.

                                                                                                                                                                                  Tirtha Empul Temple to przedostatni przystanek. Po poprzedniej świątyni, gdzie raczej białych nie było, albo było ich może dwóch (poza nami), spodziewałam się, że to miejsce będzie podobne. Nic wielkiego i znanego … i tu zaskoczenie. Autokary, wielki parking, dużo ludzi –  turyści! Na szczęście, liczba zwiedzających  na Bali (wyj. Kuta) nie jest bardzo uciążliwa. Jak w np Europie często bywa.

Przed każdą świątynią rośnie drzewo – święte drzewo – ubrane w sarong. Wujek google powiedział, że to  fikus beniamin.

 Z tego co mi wiadomo, każdy strumień wody posiada inną właściwość. Dlatego ludzie, którzy tam „zażywają kąpieli” podchodzą do każdego po kolei. Kobiety, oprócz obmycia się, przy każdym składają charakterystyczne podarki. Byli też Biali. Ciekawe czy woda wiara uczyni cuda…

 W drodze powrotnej miałyśmy jeszcze krótki przystanek. Ubud. Miasto zwane stolicą kulturalną Bali. Nie zwiedzałyśmy za dużo. Wjechałyśmy do centrum. Zostawiłyśmy motor na parkingu, płacąc tysiaka po  wypowiedzeniu magicznych słów „Saya mahasiswa”. I to był nasz datek dla tego miasta. Zwykle nie płacimy. Bo tu wszędzie gdzie chcesz zaparkować nagle zjawia się parkingowy. Lokalni zazwyczaj nie płacą, to czemu my mamy to robić. Wyobraźcie sobie jaką sumę da 5 tysięcy dziennie (bo taka zapewne byłaby średnia, jeśli nie wyższa) za rok? Gdybym była turystką, a nie jestem. Poza tym … nie lubie gdybania.

Poszłyśmy więc. I proszę na to zwrócić uwagę. Bo na Bali, zazwyczaj się nie chodzi. Jeździ się motorami. Wszędzie. Nawet 100 m do sklepu. I to duży plus tego miasta. Można iść na spacer i może to być nawet przyjemnością. Jest tu dużo salonów masażu, dużo sklepów i dużo restauracji.  Zjadłyśmy obiad w jednej z nich i wróciłyśmy.  Kiedyś też wrócimy do Ubud. Bo było całkiem przyjemnie.

Byle tak dalej!

Miło popatrzeć na cały rok i wiedzieć, że był równie udany jak poprzedni, a może nawet lepszy! Spełniło się wiele marzeń. Stały się rzeczy, o których nawet nie śniłam. Mam świadomość, że większość to zasługa moja oraz ludzi mnie otaczajacych  – dziękuję! (oczywiście ludziom, nie sobie)   Wiadomo. Zawsze może być lepiej. Mam więc nadzieje, że następne lata będą ten fakt wykorzystywać.

Myślę, wyliczam po kolei co przyniósł mi rok 2011 rok. To niesamowite. Nowi ludzie, nowe miejsca, nowe wyzwania i doświadczenia.

Od pewnego czasu, każdy kolejny rok wydaje się być coraz lepszy. Nic dziwnego, że specjalnie się nie martwię o kolejne 366 dni.

Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierają i zawsze są ze mną. Życzę Wam by miejsca spełnionych marzeń zajmowały nowe, by wasze życie było pełne przygód.                                                                       Dużo radości i miłości w nadchodzącym nowym roku!

Selamat tahun baru!
Szczęśliwego nowego roku!

P.S. Mamo, dziękuję za paczkę! Fajnie było ją dziś dostać. Perfect timing! :*