Archiwum

Monthly Archives: Listopad 2011

W sobotę surfowałyśmy!

Był to mój pierwszy raz w Balangan i choć nie złapałam żadnej fali, a zamiast tego te najlepsze (czyt. największe) nieźle mnie poturbowały, to cieszę się z samego faktu próby ich ujarzmienia.

     

A w niedzielę wybrałyśmy się z Kają do Świątyni w Uluwatu. Miejsce nawet ładne, swój urok zawdzięcza głównie położeniu na klifie. Wstępu do samej świątyni nie było, cóż, były inne atrakcje.

Małpy są cudne, śmieszne, czasem obrzydliwe i przerażające. Kradną okulary, japonki, a nawet telefony, jak widać na załączonym obrazku, nie oszczędzą nawet karty sim 😉

Nie trudno się więc domyślić, że właśnie małpy są główną atrakcją tego miejsca. Dziś jednak przyćmił je blask niejakiej Pani Paris, która poszła w ślad za Nami i przyjechała do Uluwatu.

  Po Świątyni pojechałyśmy na chwilę do miejsca, o którym pisałam w poprzednim poście.  Siedziałyśmy,  rozkoszowałyśmy się widokiem, zjadłyśmy i wypiłyśmy owocowe przysmaki                   i ruszyłyśmy dalej.                                                                                                                                         Celem było to oto miejsce: Deus Ex Machina. Mała fabryka motocykli, deskek surfingowych, rowerów, ciuchów etc. Jest też restauracja. W ciągu tygodnia odbywają się tu różnego rodzaju imprezy. W niedziele są koncerty na żywo. W tym dniu występował Andy Six String’s – artysta zdecydowanie godny polecenia!

Wieczór spędziłyśmy wiec przy … niedobrym drinku dirty deus, ale za to przy wyśmienitej muzyce, w doborowym towarzystwie i na imprezie zdecydowanie w naszym klimacie. A że był to dzień z Paris to  i tu jej nie mogło zabraknąć. Okazało się, że miała małą sesję dla deusa.

A we wtorek, czyli przedwczoraj odwiedziłyśmy deusa kolejny raz. Impreza pt. ‘Taco-n-Tattuesday’, czyli free tattoo! Tym razem nie wróciłam z nowym tatuażem, ale kto wie może za tydzień. 😉

Reklamy

Już chyba ponad tydzień nie ma fal! Żadnych!

Ocean wygląda jak Bałtyk. W ogóle pogoda zaczyna być bardziej … polska. Ciągłe opady deszczu, spadek temperatury – nie tak żebym musiała czapkę i rękawiczki zakładać – ale jest chłodniej. No i ta wszechobecna wilgoć! Zaczynam się martwić, czy aby nie będzie tak przez następnych kilka miesięcy…

No dobra! Ale póki co w Polsce nie jestem, więc koniec narzekania!

Przez ostatnie kilkanaście dni odwiedziliśmy pare, naprawdę ciekawych miejsc na bali.

Najpierw było Uluwatu.

Po raz pierwszy pojechałyśmy tam tylko we dwie – Ola i Ja. Niesamowite miejsce. Okazało się być dalej niż myślałyśmy, ale drogą – znów lepszą niż niejedna droga w Polsce – szybko dotarłyśmy na miejsce.  Nie poszłyśmy na plażę, która podobno była gdzieś na dole, ale tu gdzie zostałyśmy podobało nam się wystarczająco!

Kolejnym spotem surfingowym jaki znaleźliśmy – tym razem trochę większą ekipą, z Kają i dwójką znajomych Oli którzy przyjechali na wakacje – było Green Bowl.  Widok, nie napiszę że równie niesamowity jak w Uluwatu, bo póki co nic go nie pokonało, ale i tak było pięknie.

Jeden członek naszej ekipy nawet próbował swoich sił w ujarzmianiu fal, natmiast reszta rozkoszowała się widokiem i błogim lenistwem.

Jednak najlepszym miejscem dla nas okazała się plaża w Balangan. Biały piasek, bambusowe chatki i do tego fale w sam raz dla niezaawansowanych. I choć ja miałam dzień ‘nic nie chcenia mi się’ to część naszej drużyny surfowała pełną parą!

Jak pisałam wyżej przez ostatnie kilka dni było totally FLAT!!! Wybrałyśmy się więc – ja i Kaja – do Tanah Lot. Miejsce podobno piękne. No cóż.  Według mnie nie było to nic szczególnego. Świątynia do której nie można było wejść, a mi wydawało się, że właśnie za to płaciłam  przy wjeździe, gdyż napisane było ’temple entrance’ – X Rp.

    

Multum turystów – głównie Japończyków oraz Indonezyjczycy, którzy za główną atrakcję uznali Nas.

I nawet egzotyczne mini zoo było. A warunki w jakich przechowywali tego węża były wybitnie indonezyjskie!

 

 

I tak ostatnimi czasy leci tu czas. Na szczęście fale znów się pojawiają, więc będzie można wziąć się do roboty i w końcu zacząć surfować. Jak będą fale to będzie dobrze! I czy deszcz czy słońce cisnąć będziemy! A! jutro przeprowadzamy się do nowego domu. Będzie klima, będzie pralka, będzie ogródek i zadaszone miejsce na skutery będzie! Nawet własną rybkę będziemy mieć przed domem! Będą fale! Będzie cudnie!

Na Bali mieszkam od ponad miesiąca i zamierzam zostać jeszcze kilka. Znajduję się tu dzięki programowi stypendialnemu Darmasiswa oraz oczywiście dzięki rodzicom 😉

Obecny dom udało się znaleźć szybko, bo już drugiego dnia od przylotu. Wszystko dzięki Bartkowi, który był na tym stypendium wcześniej, i jego koledze, mieszkającym na Bali już kilka lat, który również był studentem Darmasiswy. Najpierw szybko ogarneliśmy skutery, nastepnie pojechaliśmy zobaczyć ten dom i oto mieszkamy tu już ponad miesiąc.

Dom ma 3 piętra.

Parter to piętro zakazane. 😉 Są tam meble i nawet własny wodospad, ale my wstępu nie mamy. Szkoda, bo nie widziałam, żeby ktoś oprócz pani sprzątającej tam przebywał.

Nasza część zaczyna się na pierwszym piętrze. Jest to coś w stylu salonu z otwartą kuchnią. I byłoby to fajne rozwiązanie, gdyby nie całkowity brak mebli, syf w kuchni (był jeszcze przed naszym wprowadzeniem się) i totalny brak jasnej przestrzeni.  Moje przebywanie na tym piętrze wiąże się wyłącznie z momentem kiedy wkładam albo biorę coś z lodówki.

Muszę wspomnieć, iż na tym piętrze znajduje się kolejne zakazane miejsce – tzw „pokój  japończyka”. Jest to umeblowany pokój z klimatyzacją, własną łazienką i tarasem. Jest droższy i my go nie wynajmujemy. Nazywany jest pokojem japończyka, ponieważ nasz szanowny pan właściel mówił, że właśnie wspomnianej nacji mężczyzna miał się tam wprowadzić. Czy to była ściema czy nie to nie wiem, ale po kilku dniach naszego urzędowania, przyszedł i pytał czy nie znamy kogoś kto chciałby wynająć owy pokój, oczywiście już za niższą cenę.

Ostatnie piętro to zdecydowanie nasze piętro. Są tu 3 pokoje, łazienka i w miarę duży balkon.  Kiedy wynajmowaliśmy dom było nas 5 osób. Ja, Kaja, Ola, Cezary i Bartek. Kasia, moja współlokatorka wprowadziła się drugiego dnia, więc przez większość czasu mieszkaliśmy w szóstkę. Teraz znów jest piątka. Po miesiącu wyprowadził się kolega Bartek.

Jak już wspomniałam mieszkam z Kasią. Oto nasz cudnowny pokój, a w nim moje wielkie łoże z baldachimem 😉

 no i garderoba też musi być

nasz balkon nie jest wielki, ale hamaki, kilka krzeseł, stolik i suszarka na ubrania się zmieści

Nie mamy co narzekać, bo dom jest spoko. Co prawda nie lubie mówić, że wynajmujemy dom, bo ani z ogrodu nie ma pożytku i normalnego salonu też brak.

Ze wszystkich stron jesteśmy otoczeni indonezyjskimi sąsiadami wliczjąc nie tylko ludzi, ale i kury, psy, żaby, komary, jaszczurki czy krowy.

   

Mieszkamy w jednym z najwyższych budynków w okolicy, wiec i widok jest całkiem ładny.

  

Oto ogród, korzystam z niego jedynie przechodząc z parkingu do domu i z powrotem.

 


P.S. Za kilka dni, 10 listopada, jak wszystko się uda, przeprowadzamy się do nowego domu w Jimbaran.  Zaliczka zapłacona, umowa podpisana, teraz tylko się spakować, przewieść wszystko i witaj nowy, drugi, lepszy, zajebisty domie na Bali!