Archiwum

bali

Oto pomnik upamiętniający ofiary zamachu bombowego w Kucie w 2002 roku. Jest idealnym tłem do pamiątkowego zdjęcia, prawda?

Reklamy

Mój słomiany zapał coraz bardziej daje się we znaki. Miało być systematycznie, a nie jest. Ostatnio nie bardzo mi się chce. Ale obiecałam sobie, że co najmniej raz w miesiącu coś się będzie pojawiało. Więc jest. Coś.

Udayana Lodge, Jimbaran, Bali, Indonesia.                                                                                                        Mieszkam tu już od listopada. Dom jest cudny. Dwa małe pokoje, salon, mini kuchnia i ogród. Chciałabym mieć taki na własność. No, może dodałabym basen i było by idealnie.

A oto ostatnia prosta prowadząca do domu. Niby z górki, a wcale nie tak łatwo. Nieraz robi się cieplej podczas zjazdu.

Słońce znów zawitało na Bali. Wczoraj nawet zdążyłam sobie spalić twarz. Dzień na plaży zdecydowanie nie jest dniem straconym!

Kilka dni przed końcem roku wybrałyśmy się z Basią na krótką wycieczkę. Siedzimy tu już kilka miesięcy, a wyspa wciąż pozostaje nie do końca odkryta. Nie pomagała nam też pogoda. Od dobrego miesiąca, albo dłużej lało.

Ja najbardziej chciałam zobaczyć  terasy ryżowe (widok z pocztówki) w Tegallalang. Basia dodała dwie świątynie i razem miałyśmy powód żeby wyruszyć. Godzina drogi, przez obwodnicę Denpasar, kolejna godzina, przez liczne wioski i jesteśmy. Wow. Naprawdę ładnie! 

Przynajmniej na zdjeciu. 

Nie no. W rzeczywistości też było ładnie. Choć nie da się ukryć, że byłam lekko rozczarowana gdy przyjechałam i pierwsze co zobaczyłam to Panie sprzedające sarongi, sklepy z różnymi pierdołami     i restauracje.

I tu, zachowam się jak hipokrytka. Bo sama dołożyłam swoje 30 tysięcy do tego biznesu.               Cóż, sok z avocado z odrobiną czekolady, to coś co będzie na zawsze przypominało mi Bali. Jest to jedna z tych rzeczy, którą chciałabym się podzielić jeśli chodzi o wspomnienia. Chciałabym móc wam wysłać go w paczce z pozdrowieniami. Niebo w gębie. Więc i tu pomyślałam, że warto usiąść   i napawając się widokiem popijać ulubiony trunek.

Choć widok był naprawdę ładny i przyjemnie się siedziało, to sok nie był wart nawet tysiaka.

Jedziemy dalej. Wokół nas palmy, pola ryżowe, kury, dzikie psy, gęsi, krowy, jednym słowem wszystko to, co Bali ma najlepszego do zaoferowania (poza oceanem) .. no i oczywiście co jakiś czas masa spalin z jakiejś ciężarówy, ale to przecież norma, choć wciąż nie mogę się przyzwyczaić …

Po drodze nie mijałyśmy wielu turystów. Hmm… może i mijałyśmy, ba, no dobra, na pewno mijałyśmy, ale oni poruszają się albo autobusami, albo mini vanami, z pozaklejanymi szybami w których ja mogę zobaczyć co najwyżej swoje odbicie. My jak na ‚saya mahasiswa’ czy ‚we locals not tourist’ przystało (bo to są najczęstsze słowa wypowiadane przy kontakcie z rodowitymi Indonezyjczykami) podróżujemy skuterem.

Cel drugi świątynia ….  nie bardzo pamiętam jak brzmi jej nazwa.  Nie było tu wielu turystów. Byli tubylcy ( a może lepiej tambylcy :P). Niektórzy brali kąpiele, inni składali dary.

                                                                                                                                                                                  Tirtha Empul Temple to przedostatni przystanek. Po poprzedniej świątyni, gdzie raczej białych nie było, albo było ich może dwóch (poza nami), spodziewałam się, że to miejsce będzie podobne. Nic wielkiego i znanego … i tu zaskoczenie. Autokary, wielki parking, dużo ludzi –  turyści! Na szczęście, liczba zwiedzających  na Bali (wyj. Kuta) nie jest bardzo uciążliwa. Jak w np Europie często bywa.

Przed każdą świątynią rośnie drzewo – święte drzewo – ubrane w sarong. Wujek google powiedział, że to  fikus beniamin.

 Z tego co mi wiadomo, każdy strumień wody posiada inną właściwość. Dlatego ludzie, którzy tam „zażywają kąpieli” podchodzą do każdego po kolei. Kobiety, oprócz obmycia się, przy każdym składają charakterystyczne podarki. Byli też Biali. Ciekawe czy woda wiara uczyni cuda…

 W drodze powrotnej miałyśmy jeszcze krótki przystanek. Ubud. Miasto zwane stolicą kulturalną Bali. Nie zwiedzałyśmy za dużo. Wjechałyśmy do centrum. Zostawiłyśmy motor na parkingu, płacąc tysiaka po  wypowiedzeniu magicznych słów „Saya mahasiswa”. I to był nasz datek dla tego miasta. Zwykle nie płacimy. Bo tu wszędzie gdzie chcesz zaparkować nagle zjawia się parkingowy. Lokalni zazwyczaj nie płacą, to czemu my mamy to robić. Wyobraźcie sobie jaką sumę da 5 tysięcy dziennie (bo taka zapewne byłaby średnia, jeśli nie wyższa) za rok? Gdybym była turystką, a nie jestem. Poza tym … nie lubie gdybania.

Poszłyśmy więc. I proszę na to zwrócić uwagę. Bo na Bali, zazwyczaj się nie chodzi. Jeździ się motorami. Wszędzie. Nawet 100 m do sklepu. I to duży plus tego miasta. Można iść na spacer i może to być nawet przyjemnością. Jest tu dużo salonów masażu, dużo sklepów i dużo restauracji.  Zjadłyśmy obiad w jednej z nich i wróciłyśmy.  Kiedyś też wrócimy do Ubud. Bo było całkiem przyjemnie.

Byle tak dalej!

Miło popatrzeć na cały rok i wiedzieć, że był równie udany jak poprzedni, a może nawet lepszy! Spełniło się wiele marzeń. Stały się rzeczy, o których nawet nie śniłam. Mam świadomość, że większość to zasługa moja oraz ludzi mnie otaczajacych  – dziękuję! (oczywiście ludziom, nie sobie)   Wiadomo. Zawsze może być lepiej. Mam więc nadzieje, że następne lata będą ten fakt wykorzystywać.

Myślę, wyliczam po kolei co przyniósł mi rok 2011 rok. To niesamowite. Nowi ludzie, nowe miejsca, nowe wyzwania i doświadczenia.

Od pewnego czasu, każdy kolejny rok wydaje się być coraz lepszy. Nic dziwnego, że specjalnie się nie martwię o kolejne 366 dni.

Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierają i zawsze są ze mną. Życzę Wam by miejsca spełnionych marzeń zajmowały nowe, by wasze życie było pełne przygód.                                                                       Dużo radości i miłości w nadchodzącym nowym roku!

Selamat tahun baru!
Szczęśliwego nowego roku!

P.S. Mamo, dziękuję za paczkę! Fajnie było ją dziś dostać. Perfect timing! :*

Komercja. To jej zawdzięczam momenty wzruszenia i tęsknoty za rodziną podczas tegorocznych świąt. To ona przypomniała mi już na początku grudnia, bądź nawet wcześniej o nadchodzącej Wigili i Bożym Narodzeniu. W każdym sklepie obowiązkowym elementem jest choinka – pff żeby to jedna, czapki mikołajów oraz wiecznie młode świąteczne piosenki.

Do ostatniej chwili nie wiedziałyśmy co będziemy robić. Czy urzadzamy coś u siebie, czy idziemy do kogoś, czy może na imprezę. Zdecydowałyśmy, że kupujemy dużo jedzenia, torchę sprzątamy i mamy naszą prywatną indonezyjsko – polską kolację Wigilijną.

Jak tradycja nakazuje – miałyśmy 12 dań. Nawet gość, prawie niespodziewany, się pojawił.

 

Na stole zagościło: mie goreng (smażony makaron z warzywami), nasi goreng (smażony ryż), martabak (ciasto trochę kruche z porem i warzywami), kulki z kurczakiem i serem, naleśnik – nie pamiętam jak brzmi jego nazwa po indonezyjski – jest gruby i z gęstego ciasta robiony, nasz był z czekoladą, mlekiem i bananem, owoce: maggis i rambutan, banany smażone w cieście  2 rodzaje, kulki z sezamem i fasolą, oraz różne ciasteczka.

 


A w drugi dzień świąt jak co roku było świąteczne śniadanie. Co prawda w porze bardziej obiadowej, ale zawsze. Mango, arbuz, melon, smażone banany w cieście i czekoladzie oraz pozostałości z kolacji 😉

     

P.S.  I w końcu dokończyłam własnoręcznie robioną skrzynkę na listy. Nie wiem ile przetrwa, więc kto miał coś przesłać niech się spieszy 😉

W sobotę surfowałyśmy!

Był to mój pierwszy raz w Balangan i choć nie złapałam żadnej fali, a zamiast tego te najlepsze (czyt. największe) nieźle mnie poturbowały, to cieszę się z samego faktu próby ich ujarzmienia.

     

A w niedzielę wybrałyśmy się z Kają do Świątyni w Uluwatu. Miejsce nawet ładne, swój urok zawdzięcza głównie położeniu na klifie. Wstępu do samej świątyni nie było, cóż, były inne atrakcje.

Małpy są cudne, śmieszne, czasem obrzydliwe i przerażające. Kradną okulary, japonki, a nawet telefony, jak widać na załączonym obrazku, nie oszczędzą nawet karty sim 😉

Nie trudno się więc domyślić, że właśnie małpy są główną atrakcją tego miejsca. Dziś jednak przyćmił je blask niejakiej Pani Paris, która poszła w ślad za Nami i przyjechała do Uluwatu.

  Po Świątyni pojechałyśmy na chwilę do miejsca, o którym pisałam w poprzednim poście.  Siedziałyśmy,  rozkoszowałyśmy się widokiem, zjadłyśmy i wypiłyśmy owocowe przysmaki                   i ruszyłyśmy dalej.                                                                                                                                         Celem było to oto miejsce: Deus Ex Machina. Mała fabryka motocykli, deskek surfingowych, rowerów, ciuchów etc. Jest też restauracja. W ciągu tygodnia odbywają się tu różnego rodzaju imprezy. W niedziele są koncerty na żywo. W tym dniu występował Andy Six String’s – artysta zdecydowanie godny polecenia!

Wieczór spędziłyśmy wiec przy … niedobrym drinku dirty deus, ale za to przy wyśmienitej muzyce, w doborowym towarzystwie i na imprezie zdecydowanie w naszym klimacie. A że był to dzień z Paris to  i tu jej nie mogło zabraknąć. Okazało się, że miała małą sesję dla deusa.

A we wtorek, czyli przedwczoraj odwiedziłyśmy deusa kolejny raz. Impreza pt. ‘Taco-n-Tattuesday’, czyli free tattoo! Tym razem nie wróciłam z nowym tatuażem, ale kto wie może za tydzień. 😉

Już chyba ponad tydzień nie ma fal! Żadnych!

Ocean wygląda jak Bałtyk. W ogóle pogoda zaczyna być bardziej … polska. Ciągłe opady deszczu, spadek temperatury – nie tak żebym musiała czapkę i rękawiczki zakładać – ale jest chłodniej. No i ta wszechobecna wilgoć! Zaczynam się martwić, czy aby nie będzie tak przez następnych kilka miesięcy…

No dobra! Ale póki co w Polsce nie jestem, więc koniec narzekania!

Przez ostatnie kilkanaście dni odwiedziliśmy pare, naprawdę ciekawych miejsc na bali.

Najpierw było Uluwatu.

Po raz pierwszy pojechałyśmy tam tylko we dwie – Ola i Ja. Niesamowite miejsce. Okazało się być dalej niż myślałyśmy, ale drogą – znów lepszą niż niejedna droga w Polsce – szybko dotarłyśmy na miejsce.  Nie poszłyśmy na plażę, która podobno była gdzieś na dole, ale tu gdzie zostałyśmy podobało nam się wystarczająco!

Kolejnym spotem surfingowym jaki znaleźliśmy – tym razem trochę większą ekipą, z Kają i dwójką znajomych Oli którzy przyjechali na wakacje – było Green Bowl.  Widok, nie napiszę że równie niesamowity jak w Uluwatu, bo póki co nic go nie pokonało, ale i tak było pięknie.

Jeden członek naszej ekipy nawet próbował swoich sił w ujarzmianiu fal, natmiast reszta rozkoszowała się widokiem i błogim lenistwem.

Jednak najlepszym miejscem dla nas okazała się plaża w Balangan. Biały piasek, bambusowe chatki i do tego fale w sam raz dla niezaawansowanych. I choć ja miałam dzień ‘nic nie chcenia mi się’ to część naszej drużyny surfowała pełną parą!

Jak pisałam wyżej przez ostatnie kilka dni było totally FLAT!!! Wybrałyśmy się więc – ja i Kaja – do Tanah Lot. Miejsce podobno piękne. No cóż.  Według mnie nie było to nic szczególnego. Świątynia do której nie można było wejść, a mi wydawało się, że właśnie za to płaciłam  przy wjeździe, gdyż napisane było ’temple entrance’ – X Rp.

    

Multum turystów – głównie Japończyków oraz Indonezyjczycy, którzy za główną atrakcję uznali Nas.

I nawet egzotyczne mini zoo było. A warunki w jakich przechowywali tego węża były wybitnie indonezyjskie!

 

 

I tak ostatnimi czasy leci tu czas. Na szczęście fale znów się pojawiają, więc będzie można wziąć się do roboty i w końcu zacząć surfować. Jak będą fale to będzie dobrze! I czy deszcz czy słońce cisnąć będziemy! A! jutro przeprowadzamy się do nowego domu. Będzie klima, będzie pralka, będzie ogródek i zadaszone miejsce na skutery będzie! Nawet własną rybkę będziemy mieć przed domem! Będą fale! Będzie cudnie!