Archiwum

małe podróże

Nie wszyscy wiedzą co jest stolicą Australii, bynajmniej nie jest to Sydney. Właśnie do stolicy miałam okazję pojechać parę dni temu. Miasto hmm … nie wiem, czy ładne czy nie. Co mogę na pewno przyznać – było dość puste. Wyludnione. Nie duże.                                                                                Głównym powodem wyjazdu była chęć zobaczenia muzeum wojskowego i parlamentu … o! własnie się zorientowałam, że tego drugiego zdjęć nie posiadam ;p no cóż pozostaje Wam google.

Parlamenty sa dwa. Stary i nowy. Nowy, zbudowany jest we wzgórzu. Tak. We wzgórzu, nie na nim. Idea jest taka, żeby politycy się nie wywyższali, bo oni są dla ludzi. Mają im ‚służyć’. Więc zarzadzają z ‚podziemi’.

Poniższe fotki są z muzeum. Uwieczniłam także ciekawe zjawisko znajdujące się przed budynkiem starego parlamentu. Pewna ambasada. Bardzo abORYGINALNIE.

 

Reklamy

Słońce znów zawitało na Bali. Wczoraj nawet zdążyłam sobie spalić twarz. Dzień na plaży zdecydowanie nie jest dniem straconym!

Kilka dni przed końcem roku wybrałyśmy się z Basią na krótką wycieczkę. Siedzimy tu już kilka miesięcy, a wyspa wciąż pozostaje nie do końca odkryta. Nie pomagała nam też pogoda. Od dobrego miesiąca, albo dłużej lało.

Ja najbardziej chciałam zobaczyć  terasy ryżowe (widok z pocztówki) w Tegallalang. Basia dodała dwie świątynie i razem miałyśmy powód żeby wyruszyć. Godzina drogi, przez obwodnicę Denpasar, kolejna godzina, przez liczne wioski i jesteśmy. Wow. Naprawdę ładnie! 

Przynajmniej na zdjeciu. 

Nie no. W rzeczywistości też było ładnie. Choć nie da się ukryć, że byłam lekko rozczarowana gdy przyjechałam i pierwsze co zobaczyłam to Panie sprzedające sarongi, sklepy z różnymi pierdołami     i restauracje.

I tu, zachowam się jak hipokrytka. Bo sama dołożyłam swoje 30 tysięcy do tego biznesu.               Cóż, sok z avocado z odrobiną czekolady, to coś co będzie na zawsze przypominało mi Bali. Jest to jedna z tych rzeczy, którą chciałabym się podzielić jeśli chodzi o wspomnienia. Chciałabym móc wam wysłać go w paczce z pozdrowieniami. Niebo w gębie. Więc i tu pomyślałam, że warto usiąść   i napawając się widokiem popijać ulubiony trunek.

Choć widok był naprawdę ładny i przyjemnie się siedziało, to sok nie był wart nawet tysiaka.

Jedziemy dalej. Wokół nas palmy, pola ryżowe, kury, dzikie psy, gęsi, krowy, jednym słowem wszystko to, co Bali ma najlepszego do zaoferowania (poza oceanem) .. no i oczywiście co jakiś czas masa spalin z jakiejś ciężarówy, ale to przecież norma, choć wciąż nie mogę się przyzwyczaić …

Po drodze nie mijałyśmy wielu turystów. Hmm… może i mijałyśmy, ba, no dobra, na pewno mijałyśmy, ale oni poruszają się albo autobusami, albo mini vanami, z pozaklejanymi szybami w których ja mogę zobaczyć co najwyżej swoje odbicie. My jak na ‚saya mahasiswa’ czy ‚we locals not tourist’ przystało (bo to są najczęstsze słowa wypowiadane przy kontakcie z rodowitymi Indonezyjczykami) podróżujemy skuterem.

Cel drugi świątynia ….  nie bardzo pamiętam jak brzmi jej nazwa.  Nie było tu wielu turystów. Byli tubylcy ( a może lepiej tambylcy :P). Niektórzy brali kąpiele, inni składali dary.

                                                                                                                                                                                  Tirtha Empul Temple to przedostatni przystanek. Po poprzedniej świątyni, gdzie raczej białych nie było, albo było ich może dwóch (poza nami), spodziewałam się, że to miejsce będzie podobne. Nic wielkiego i znanego … i tu zaskoczenie. Autokary, wielki parking, dużo ludzi –  turyści! Na szczęście, liczba zwiedzających  na Bali (wyj. Kuta) nie jest bardzo uciążliwa. Jak w np Europie często bywa.

Przed każdą świątynią rośnie drzewo – święte drzewo – ubrane w sarong. Wujek google powiedział, że to  fikus beniamin.

 Z tego co mi wiadomo, każdy strumień wody posiada inną właściwość. Dlatego ludzie, którzy tam „zażywają kąpieli” podchodzą do każdego po kolei. Kobiety, oprócz obmycia się, przy każdym składają charakterystyczne podarki. Byli też Biali. Ciekawe czy woda wiara uczyni cuda…

 W drodze powrotnej miałyśmy jeszcze krótki przystanek. Ubud. Miasto zwane stolicą kulturalną Bali. Nie zwiedzałyśmy za dużo. Wjechałyśmy do centrum. Zostawiłyśmy motor na parkingu, płacąc tysiaka po  wypowiedzeniu magicznych słów „Saya mahasiswa”. I to był nasz datek dla tego miasta. Zwykle nie płacimy. Bo tu wszędzie gdzie chcesz zaparkować nagle zjawia się parkingowy. Lokalni zazwyczaj nie płacą, to czemu my mamy to robić. Wyobraźcie sobie jaką sumę da 5 tysięcy dziennie (bo taka zapewne byłaby średnia, jeśli nie wyższa) za rok? Gdybym była turystką, a nie jestem. Poza tym … nie lubie gdybania.

Poszłyśmy więc. I proszę na to zwrócić uwagę. Bo na Bali, zazwyczaj się nie chodzi. Jeździ się motorami. Wszędzie. Nawet 100 m do sklepu. I to duży plus tego miasta. Można iść na spacer i może to być nawet przyjemnością. Jest tu dużo salonów masażu, dużo sklepów i dużo restauracji.  Zjadłyśmy obiad w jednej z nich i wróciłyśmy.  Kiedyś też wrócimy do Ubud. Bo było całkiem przyjemnie.

Kurcze! i to wcale nie blade!                                                                                                                         Dotychczas, na Bali, nie dane mi było solidnie się opalić, no, nie licząc części rąk i nóg wystawionych na oddziaływanie promieni UV podczas jazdy na skuterze. Nie trafiłam też na rajską plażę, na której mogłabym cały dzień leżeć , opalać się i rozmyślać jaką jestem szczęściarą, a jakimi frajerami są ludzie po maturze, a przed 35 rokiem życia marznący teraz w Polsce 😉 – no właśnie, dotychczas.
Miałam napisać o poprzedniej wycieczce na 3 wyspy znajdujące się przy Bali – cóż, nie zdążyłam – piszę więc o kolejnym wyjeździe, z którego wróciłam kilka dni temu w nocy.

4 dziewczyny: Ja, Kaja, Ola i Basia, 2 skutery, 3 rajskie wyspy (z Lombokiem licząc 4) i jak zwykle za mało pieniędzy.

Już w drodze do portu w Padang Bai – skąd wypływał prom na Lombok – zaczęło być interesująco. Przed nami, akurat nad oceanem, niewiadome siły rozświetlały niebo. Po dojechaniu do portu, lekko zaniepokojone zapytałyśmy o owe zjawisko. W odpowiedzi usłyszałyśmy tylko – ‘it’s ok, not dangerous’ – no dobra, jak nie groźne, to płyniemy. Wygodne miejsca na ławkach zajęte, śpiwory wyciągnięte, plecaki pod głowy i dobranoc. Eeee, nie ma tak dobrze. Cztery białe (jeszcze wtedy byłyśmy białe) dziewczyny są nie lada atrakcją. Nie było chwili, kiedy nie czułabym na sobie spojrzenia indonezyjskiego człowieka. Chodzili wokół nas i się normalnie – albo wręcz nienormalnie – gapili. Mimo to, udało nam się zdrzemnąć na parę godzin. Wraz ze wschodem słońca dobiliśmy do Lomboku. Teraz tylko przejażdżka na skuterach do portu, skąd wypływają łodzie na Gili, dzieliła nas od rajskich plaż i odpoczynku od … Bali 😉                                                                                             Przejazd do w/w portu to sama przyjemność. Droga lepsza niż w Polsce, o widokach nie wspominając.

Pierwsza z archipelagu Gili Islands, na której wylądowałyśmy to Gili Trawangan – najbardziej popularna, najbardziej turystyczna i najbardziej imprezowa. Szybko znalazłyśmy miejsce na nocleg, choć nie było tak, jak nam mówili znajomi, że to on nas znajdzie. Zostawiłyśmy rzeczy i wyruszyłyśmy na plażę. Nie była to plaża moich marzeń, wąska, trochę zaśmiecona, ale uznałyśmy, że nadaje się do odespania minionej nocy. No to dobranoc!

Wieczorem spotkałyśmy się z dwoma znajomymi studiującymi w Mataram i poszłyśmy zobaczyć słynne nocne życie na Gili. Po drodze spotkałyśmy znajomego Niemca (poznanego podczas jednej z poprzednich wypraw) oraz Włocha z niemieckiej części Włoch (zwanego później Niemco-Włochem). Spotkałyśmy się również z naszą współlokatorką Kasią, która wyruszyła pół dnia wcześniej w 10-dniową podróż na Sumbawę. Jaka ta Indonezja mała!                                                                    Wracając do nocnego życia. Okazało się, że w okresie niesezonowym większość ludzi zbiera się w jednym klubie i tam się bawi. Poszłyśmy, zobaczyłyśmy, wypiłyśmy po piwie, zgubiłyśmy Niemca, Niemco-Włocha i Kasie i wróciłyśmy do domku.

Następnego dnia, w sobotę, o 10:00 umówione byłyśmy na rejs łódką po wyspach oraz snorkeling. Nasz plan był chytry, tak chytry, że przechytrzyłyśmy same siebie, przepłacając . Mianowicie nie chciałyśmy wracać na Trawangan, tylko zostać na jednej z pozostałych wysp i tam znaleźć nocleg. Przez to ominąć nas miała cześć wycieczki, za którą zapłaciłyśmy, trudno, zorientowałyśmy się po czasie.

Po wynegocjowanym śniadaniu, wizycie w bankomacie, z milionami w kieszeniach byłyśmy zwarte i gotowe na podbój oceanicznych głębin oraz spotkanie z żółwiami, rekinami i innymi wodnymi stworzeniami.

Pierwszy przystanek na snorkeling – pierwsze rozczarowanie. Rafa niby jest, ale wg mnie w większość obumarła. Można było zauważyć kilka kolorowych rybek i tyle.

Miały być żółwie … taaak, jasne. Może kiedyś, gdzieś widziano tu żółwia, przecież każdy żółw chciałby mieć sweet focie z dwudziestoma turystami. Największy plus snorkelingu to możliwość dłuższego popływania, czego dawno nie robiłam. Nagle, w drodze do drugiego spotu snorkelingowego patrzę, a tu żółw! żółw! żółw! – to one jednak istnieją! No to widziałam wielkiego żółwia.

Drugi spot– dużo płytszy i z wyczuwalnym, silniejszym prądem. Nie minęło 5 minut odkąd wskoczyłam do wody, a tu grzmot! Hmmm, czyżbym do mojej listy must experience mogła dopisać – kąpiel w oceanie podczas burzy? Chyba tak. 😉

Rejs łódką skończył się szczęśliwie.Choć mokro.

Wylądowałyśmy na Gili Air – tu postanowiłyśmy zostać.  Cisza, spokój i pełen relax.                               Znalazłyśmy zajebisty domek. Drogi, ale co tam! Raz na czas można zaszaleć. 450 tysięcy i mamy lux warunki + śniadanie.

równie luxusowa łazienka pod gołym niebiem, której drzwi zamykane były tylko od zewnątrz

Mała wyspa to i mały spacer naokoło nie zaszkodzi. Poszłyśmy. Po drodze spotkałyśmy Niemco-Włocha, oglądnęłyśmy zachód słońca, zrobiłyśmy parę zdjęć i wróciłyśmy, choć nie wiem czy to dobre słowo, gdyż spacer był przecież naokoło wyspy.

W naszym luxusowym domku, śpimy we cztery w wielkim łożu. Nagle, w środku nocy, wracam z toalety, już mam się położyć, a tu ktoś przeraźliwie krzyczy: ‘ktoś tam stoi!’, wskakuję więc szybko do łóżka i również wrzeszcząc chwytam koleżankę za przedramię, a ona wytrzeszcza oczy jakby ducha zobaczyła i również wrzeszczy. Wrzask czterech lasek szybko przechodzi w śmiech i takim oto miłym akcentem kończy się stary albo zaczyna nowy dzień.

Niedziela, wg planu, dzień powrotu do codziennego życia na bali. Po obfitym, najlepszym śniadaniu, jakie dane mi było zjeść od dłuższego czasu wyruszamy w kierunku portu szukać chętnego do zabrania nas na Lombok. Zdecydowałyśmy opuścić rzekomo rajskie Gili – na zdęciach, nawet naszych wyglądają niesamowicie, ale musze napisać, że spodziewałam się więcej po owianych rajską legendą wyspach – i ostatni dzień przeznaczyć na szukanie prawdziwie rajskiej plaży właśnie na Lomboku.

Łódź publiczna na Lombok odpływała dopiero o 14, co oznaczało kilka godzin czekania, a łódź prywatna kosztowała prawie 5 razy więcej. Ostatecznie trochę poczekałyśmy i udało się dogadać z trójką mieszkańców Lomboku – muzułmanów, że weźmiemy prywatną łódź i podzielimy się kosztami. Nie obyło się oczywiście bez zgrzytów. On – głowa rodziny zaproponował, że my zapłacimy 2/3, a oni – w trójkę – 1/3 ceny. Chyba oszaleli. Nie było łatwo, ale koniec końców powiedział: ‘ok. everyone the same price’. I choć nie mam pewności czy tak naprawdę wszyscy zapłaciliśmy po równo, czy na przykład nie wynegocjował niższej ceny w kasie, można rzec, że ta odpowiedź była satysfakcjonująca. Oprócz nas i Islamskiej rodziny wsiadło jeszcze kilku Indonezyjczyków, których przeprawa na drugi brzeg sponsorowana była prawdopodobnie przez nas.                                           15 minut i jesteśmy. Bierzemy motory i w drogę. Nasz cel – Kuta. Nie, nie Kuta na bali. Kuta na Lomboku, gdzie podobno jest rajska plaża. Po drodze zauważyłyśmy informacje turystyczną skąd wzięłyśmy prymitywną, odręcznie narysowaną mapę, która to pokazała nam jak dotrzeć do raju. Kilka godzin jazdy, zdążył nas złapać deszcz, Kai i Oli zdążyło zabraknąć paliwa, ale dojechałyśmy. No i … wow! To prawda, taką plażę można nazwać mianem rajskiej, wiadomo, nie takiej z najwyższej półki, bo zawsze może być lepiej, ale pierwsza rajska plaża odnaleziona.                                                          W poleconym przez napotkaną białą kobietę ‘soma soma’ (nie jestem przekonana, czy tak się to pisze) barze znajdującym się na plaży wypiłyśmy i zjadłyśmy same dobre rzeczy. Zdecydowałyśmy również, że wracamy następnego dnia.

Pan z ‘soma soma’ baru powiedział nam, że są domki do wynajęcia w przystępnej cenie. Nie myśląc zbyt wiele zgodziłyśmy się, uznając cenę 50 tys. od osoby za niską. Zważając że w jednym łóżku spałybyśmy tylko we dwie, a nie cztery.

Po oglądnięciu domków i uznaniu że są ok, zostawiłyśmy rzeczy i pojechałyśmy rozejrzeć się po okolicy. Było już ciemno, odkrywanie innych rajskich plaż nie miało sensu, więc pojechałyśmy do centrum Kuty. Centrum hmm … no zdecydowanie nie było to centrum takie jak w balijskiej Kucie. Jedna główna ulica, cisza, mało ludzi. Przypomniałam sobie o naszych domkach przy ‘soma soma’ barze i naszły mnie wątpliwości, a właściwie, po przypomnieniu sobie akcji z nocy w lux domku na Gili Air, gdzie na dodatek byłyśmy we cztery, zaczęłam mieć wątpliwości czy nadchodząca noc byłaby spokojnie przespana. Trzeba dodać, że miejsce gdzie miałyśmy nocować znajdowało się dosłownie – in the middle of nowhere!

Zatrzymałyśmy się więc w kilku homestay’ach, popytałyśmy o ceny i znalazłyśmy. Przyzwoite pokoje za 40 tysięcy od osoby. Cena nas zaskoczyła więc zapomniałyśmy nawet o obowiązkowych negocjacjach. Ok, zostajemy. Teraz tylko trzeba odebrać rzeczy, powiedzieć … no właśnie,                 trzeba ‘coś’ powiedzieć i … spieprzać!
Poszło gładko.

Poniedziałek. To już definitywnie ostatni dzień naszej wycieczki. Plan był prosty. Chill na rajskiej plaży i opalanie na całego. Tak też się stało. Cały dzień przeleżałyśmy na plaży popijając mleko z kokosa.

Po południu, świadome cierpienia, jakie nas czeka w związku z hmm … zaczerwienioną skórą, wyruszyłyśmy w drogę powrotną. Poszło w miarę sprawnie, i już ok. 2 w nocy byłyśmy w domu.

Wycieczka jak najbardziej udana. Rajska plaża wreszcie odnaleziona.                                                         Kuto na Lomboku! Możesz się spodziewać naszego powrotu!