Komercja. To jej zawdzięczam momenty wzruszenia i tęsknoty za rodziną podczas tegorocznych świąt. To ona przypomniała mi już na początku grudnia, bądź nawet wcześniej o nadchodzącej Wigili i Bożym Narodzeniu. W każdym sklepie obowiązkowym elementem jest choinka – pff żeby to jedna, czapki mikołajów oraz wiecznie młode świąteczne piosenki.

Do ostatniej chwili nie wiedziałyśmy co będziemy robić. Czy urzadzamy coś u siebie, czy idziemy do kogoś, czy może na imprezę. Zdecydowałyśmy, że kupujemy dużo jedzenia, torchę sprzątamy i mamy naszą prywatną indonezyjsko – polską kolację Wigilijną.

Jak tradycja nakazuje – miałyśmy 12 dań. Nawet gość, prawie niespodziewany, się pojawił.

 

Na stole zagościło: mie goreng (smażony makaron z warzywami), nasi goreng (smażony ryż), martabak (ciasto trochę kruche z porem i warzywami), kulki z kurczakiem i serem, naleśnik – nie pamiętam jak brzmi jego nazwa po indonezyjski – jest gruby i z gęstego ciasta robiony, nasz był z czekoladą, mlekiem i bananem, owoce: maggis i rambutan, banany smażone w cieście  2 rodzaje, kulki z sezamem i fasolą, oraz różne ciasteczka.

 


A w drugi dzień świąt jak co roku było świąteczne śniadanie. Co prawda w porze bardziej obiadowej, ale zawsze. Mango, arbuz, melon, smażone banany w cieście i czekoladzie oraz pozostałości z kolacji 😉

     

P.S.  I w końcu dokończyłam własnoręcznie robioną skrzynkę na listy. Nie wiem ile przetrwa, więc kto miał coś przesłać niech się spieszy 😉

Reklamy

W sobotę surfowałyśmy!

Był to mój pierwszy raz w Balangan i choć nie złapałam żadnej fali, a zamiast tego te najlepsze (czyt. największe) nieźle mnie poturbowały, to cieszę się z samego faktu próby ich ujarzmienia.

     

A w niedzielę wybrałyśmy się z Kają do Świątyni w Uluwatu. Miejsce nawet ładne, swój urok zawdzięcza głównie położeniu na klifie. Wstępu do samej świątyni nie było, cóż, były inne atrakcje.

Małpy są cudne, śmieszne, czasem obrzydliwe i przerażające. Kradną okulary, japonki, a nawet telefony, jak widać na załączonym obrazku, nie oszczędzą nawet karty sim 😉

Nie trudno się więc domyślić, że właśnie małpy są główną atrakcją tego miejsca. Dziś jednak przyćmił je blask niejakiej Pani Paris, która poszła w ślad za Nami i przyjechała do Uluwatu.

  Po Świątyni pojechałyśmy na chwilę do miejsca, o którym pisałam w poprzednim poście.  Siedziałyśmy,  rozkoszowałyśmy się widokiem, zjadłyśmy i wypiłyśmy owocowe przysmaki                   i ruszyłyśmy dalej.                                                                                                                                         Celem było to oto miejsce: Deus Ex Machina. Mała fabryka motocykli, deskek surfingowych, rowerów, ciuchów etc. Jest też restauracja. W ciągu tygodnia odbywają się tu różnego rodzaju imprezy. W niedziele są koncerty na żywo. W tym dniu występował Andy Six String’s – artysta zdecydowanie godny polecenia!

Wieczór spędziłyśmy wiec przy … niedobrym drinku dirty deus, ale za to przy wyśmienitej muzyce, w doborowym towarzystwie i na imprezie zdecydowanie w naszym klimacie. A że był to dzień z Paris to  i tu jej nie mogło zabraknąć. Okazało się, że miała małą sesję dla deusa.

A we wtorek, czyli przedwczoraj odwiedziłyśmy deusa kolejny raz. Impreza pt. ‘Taco-n-Tattuesday’, czyli free tattoo! Tym razem nie wróciłam z nowym tatuażem, ale kto wie może za tydzień. 😉

Już chyba ponad tydzień nie ma fal! Żadnych!

Ocean wygląda jak Bałtyk. W ogóle pogoda zaczyna być bardziej … polska. Ciągłe opady deszczu, spadek temperatury – nie tak żebym musiała czapkę i rękawiczki zakładać – ale jest chłodniej. No i ta wszechobecna wilgoć! Zaczynam się martwić, czy aby nie będzie tak przez następnych kilka miesięcy…

No dobra! Ale póki co w Polsce nie jestem, więc koniec narzekania!

Przez ostatnie kilkanaście dni odwiedziliśmy pare, naprawdę ciekawych miejsc na bali.

Najpierw było Uluwatu.

Po raz pierwszy pojechałyśmy tam tylko we dwie – Ola i Ja. Niesamowite miejsce. Okazało się być dalej niż myślałyśmy, ale drogą – znów lepszą niż niejedna droga w Polsce – szybko dotarłyśmy na miejsce.  Nie poszłyśmy na plażę, która podobno była gdzieś na dole, ale tu gdzie zostałyśmy podobało nam się wystarczająco!

Kolejnym spotem surfingowym jaki znaleźliśmy – tym razem trochę większą ekipą, z Kają i dwójką znajomych Oli którzy przyjechali na wakacje – było Green Bowl.  Widok, nie napiszę że równie niesamowity jak w Uluwatu, bo póki co nic go nie pokonało, ale i tak było pięknie.

Jeden członek naszej ekipy nawet próbował swoich sił w ujarzmianiu fal, natmiast reszta rozkoszowała się widokiem i błogim lenistwem.

Jednak najlepszym miejscem dla nas okazała się plaża w Balangan. Biały piasek, bambusowe chatki i do tego fale w sam raz dla niezaawansowanych. I choć ja miałam dzień ‘nic nie chcenia mi się’ to część naszej drużyny surfowała pełną parą!

Jak pisałam wyżej przez ostatnie kilka dni było totally FLAT!!! Wybrałyśmy się więc – ja i Kaja – do Tanah Lot. Miejsce podobno piękne. No cóż.  Według mnie nie było to nic szczególnego. Świątynia do której nie można było wejść, a mi wydawało się, że właśnie za to płaciłam  przy wjeździe, gdyż napisane było ’temple entrance’ – X Rp.

    

Multum turystów – głównie Japończyków oraz Indonezyjczycy, którzy za główną atrakcję uznali Nas.

I nawet egzotyczne mini zoo było. A warunki w jakich przechowywali tego węża były wybitnie indonezyjskie!

 

 

I tak ostatnimi czasy leci tu czas. Na szczęście fale znów się pojawiają, więc będzie można wziąć się do roboty i w końcu zacząć surfować. Jak będą fale to będzie dobrze! I czy deszcz czy słońce cisnąć będziemy! A! jutro przeprowadzamy się do nowego domu. Będzie klima, będzie pralka, będzie ogródek i zadaszone miejsce na skutery będzie! Nawet własną rybkę będziemy mieć przed domem! Będą fale! Będzie cudnie!

Na Bali mieszkam od ponad miesiąca i zamierzam zostać jeszcze kilka. Znajduję się tu dzięki programowi stypendialnemu Darmasiswa oraz oczywiście dzięki rodzicom 😉

Obecny dom udało się znaleźć szybko, bo już drugiego dnia od przylotu. Wszystko dzięki Bartkowi, który był na tym stypendium wcześniej, i jego koledze, mieszkającym na Bali już kilka lat, który również był studentem Darmasiswy. Najpierw szybko ogarneliśmy skutery, nastepnie pojechaliśmy zobaczyć ten dom i oto mieszkamy tu już ponad miesiąc.

Dom ma 3 piętra.

Parter to piętro zakazane. 😉 Są tam meble i nawet własny wodospad, ale my wstępu nie mamy. Szkoda, bo nie widziałam, żeby ktoś oprócz pani sprzątającej tam przebywał.

Nasza część zaczyna się na pierwszym piętrze. Jest to coś w stylu salonu z otwartą kuchnią. I byłoby to fajne rozwiązanie, gdyby nie całkowity brak mebli, syf w kuchni (był jeszcze przed naszym wprowadzeniem się) i totalny brak jasnej przestrzeni.  Moje przebywanie na tym piętrze wiąże się wyłącznie z momentem kiedy wkładam albo biorę coś z lodówki.

Muszę wspomnieć, iż na tym piętrze znajduje się kolejne zakazane miejsce – tzw „pokój  japończyka”. Jest to umeblowany pokój z klimatyzacją, własną łazienką i tarasem. Jest droższy i my go nie wynajmujemy. Nazywany jest pokojem japończyka, ponieważ nasz szanowny pan właściel mówił, że właśnie wspomnianej nacji mężczyzna miał się tam wprowadzić. Czy to była ściema czy nie to nie wiem, ale po kilku dniach naszego urzędowania, przyszedł i pytał czy nie znamy kogoś kto chciałby wynająć owy pokój, oczywiście już za niższą cenę.

Ostatnie piętro to zdecydowanie nasze piętro. Są tu 3 pokoje, łazienka i w miarę duży balkon.  Kiedy wynajmowaliśmy dom było nas 5 osób. Ja, Kaja, Ola, Cezary i Bartek. Kasia, moja współlokatorka wprowadziła się drugiego dnia, więc przez większość czasu mieszkaliśmy w szóstkę. Teraz znów jest piątka. Po miesiącu wyprowadził się kolega Bartek.

Jak już wspomniałam mieszkam z Kasią. Oto nasz cudnowny pokój, a w nim moje wielkie łoże z baldachimem 😉

 no i garderoba też musi być

nasz balkon nie jest wielki, ale hamaki, kilka krzeseł, stolik i suszarka na ubrania się zmieści

Nie mamy co narzekać, bo dom jest spoko. Co prawda nie lubie mówić, że wynajmujemy dom, bo ani z ogrodu nie ma pożytku i normalnego salonu też brak.

Ze wszystkich stron jesteśmy otoczeni indonezyjskimi sąsiadami wliczjąc nie tylko ludzi, ale i kury, psy, żaby, komary, jaszczurki czy krowy.

   

Mieszkamy w jednym z najwyższych budynków w okolicy, wiec i widok jest całkiem ładny.

  

Oto ogród, korzystam z niego jedynie przechodząc z parkingu do domu i z powrotem.

 


P.S. Za kilka dni, 10 listopada, jak wszystko się uda, przeprowadzamy się do nowego domu w Jimbaran.  Zaliczka zapłacona, umowa podpisana, teraz tylko się spakować, przewieść wszystko i witaj nowy, drugi, lepszy, zajebisty domie na Bali!

Kurcze! i to wcale nie blade!                                                                                                                         Dotychczas, na Bali, nie dane mi było solidnie się opalić, no, nie licząc części rąk i nóg wystawionych na oddziaływanie promieni UV podczas jazdy na skuterze. Nie trafiłam też na rajską plażę, na której mogłabym cały dzień leżeć , opalać się i rozmyślać jaką jestem szczęściarą, a jakimi frajerami są ludzie po maturze, a przed 35 rokiem życia marznący teraz w Polsce 😉 – no właśnie, dotychczas.
Miałam napisać o poprzedniej wycieczce na 3 wyspy znajdujące się przy Bali – cóż, nie zdążyłam – piszę więc o kolejnym wyjeździe, z którego wróciłam kilka dni temu w nocy.

4 dziewczyny: Ja, Kaja, Ola i Basia, 2 skutery, 3 rajskie wyspy (z Lombokiem licząc 4) i jak zwykle za mało pieniędzy.

Już w drodze do portu w Padang Bai – skąd wypływał prom na Lombok – zaczęło być interesująco. Przed nami, akurat nad oceanem, niewiadome siły rozświetlały niebo. Po dojechaniu do portu, lekko zaniepokojone zapytałyśmy o owe zjawisko. W odpowiedzi usłyszałyśmy tylko – ‘it’s ok, not dangerous’ – no dobra, jak nie groźne, to płyniemy. Wygodne miejsca na ławkach zajęte, śpiwory wyciągnięte, plecaki pod głowy i dobranoc. Eeee, nie ma tak dobrze. Cztery białe (jeszcze wtedy byłyśmy białe) dziewczyny są nie lada atrakcją. Nie było chwili, kiedy nie czułabym na sobie spojrzenia indonezyjskiego człowieka. Chodzili wokół nas i się normalnie – albo wręcz nienormalnie – gapili. Mimo to, udało nam się zdrzemnąć na parę godzin. Wraz ze wschodem słońca dobiliśmy do Lomboku. Teraz tylko przejażdżka na skuterach do portu, skąd wypływają łodzie na Gili, dzieliła nas od rajskich plaż i odpoczynku od … Bali 😉                                                                                             Przejazd do w/w portu to sama przyjemność. Droga lepsza niż w Polsce, o widokach nie wspominając.

Pierwsza z archipelagu Gili Islands, na której wylądowałyśmy to Gili Trawangan – najbardziej popularna, najbardziej turystyczna i najbardziej imprezowa. Szybko znalazłyśmy miejsce na nocleg, choć nie było tak, jak nam mówili znajomi, że to on nas znajdzie. Zostawiłyśmy rzeczy i wyruszyłyśmy na plażę. Nie była to plaża moich marzeń, wąska, trochę zaśmiecona, ale uznałyśmy, że nadaje się do odespania minionej nocy. No to dobranoc!

Wieczorem spotkałyśmy się z dwoma znajomymi studiującymi w Mataram i poszłyśmy zobaczyć słynne nocne życie na Gili. Po drodze spotkałyśmy znajomego Niemca (poznanego podczas jednej z poprzednich wypraw) oraz Włocha z niemieckiej części Włoch (zwanego później Niemco-Włochem). Spotkałyśmy się również z naszą współlokatorką Kasią, która wyruszyła pół dnia wcześniej w 10-dniową podróż na Sumbawę. Jaka ta Indonezja mała!                                                                    Wracając do nocnego życia. Okazało się, że w okresie niesezonowym większość ludzi zbiera się w jednym klubie i tam się bawi. Poszłyśmy, zobaczyłyśmy, wypiłyśmy po piwie, zgubiłyśmy Niemca, Niemco-Włocha i Kasie i wróciłyśmy do domku.

Następnego dnia, w sobotę, o 10:00 umówione byłyśmy na rejs łódką po wyspach oraz snorkeling. Nasz plan był chytry, tak chytry, że przechytrzyłyśmy same siebie, przepłacając . Mianowicie nie chciałyśmy wracać na Trawangan, tylko zostać na jednej z pozostałych wysp i tam znaleźć nocleg. Przez to ominąć nas miała cześć wycieczki, za którą zapłaciłyśmy, trudno, zorientowałyśmy się po czasie.

Po wynegocjowanym śniadaniu, wizycie w bankomacie, z milionami w kieszeniach byłyśmy zwarte i gotowe na podbój oceanicznych głębin oraz spotkanie z żółwiami, rekinami i innymi wodnymi stworzeniami.

Pierwszy przystanek na snorkeling – pierwsze rozczarowanie. Rafa niby jest, ale wg mnie w większość obumarła. Można było zauważyć kilka kolorowych rybek i tyle.

Miały być żółwie … taaak, jasne. Może kiedyś, gdzieś widziano tu żółwia, przecież każdy żółw chciałby mieć sweet focie z dwudziestoma turystami. Największy plus snorkelingu to możliwość dłuższego popływania, czego dawno nie robiłam. Nagle, w drodze do drugiego spotu snorkelingowego patrzę, a tu żółw! żółw! żółw! – to one jednak istnieją! No to widziałam wielkiego żółwia.

Drugi spot– dużo płytszy i z wyczuwalnym, silniejszym prądem. Nie minęło 5 minut odkąd wskoczyłam do wody, a tu grzmot! Hmmm, czyżbym do mojej listy must experience mogła dopisać – kąpiel w oceanie podczas burzy? Chyba tak. 😉

Rejs łódką skończył się szczęśliwie.Choć mokro.

Wylądowałyśmy na Gili Air – tu postanowiłyśmy zostać.  Cisza, spokój i pełen relax.                               Znalazłyśmy zajebisty domek. Drogi, ale co tam! Raz na czas można zaszaleć. 450 tysięcy i mamy lux warunki + śniadanie.

równie luxusowa łazienka pod gołym niebiem, której drzwi zamykane były tylko od zewnątrz

Mała wyspa to i mały spacer naokoło nie zaszkodzi. Poszłyśmy. Po drodze spotkałyśmy Niemco-Włocha, oglądnęłyśmy zachód słońca, zrobiłyśmy parę zdjęć i wróciłyśmy, choć nie wiem czy to dobre słowo, gdyż spacer był przecież naokoło wyspy.

W naszym luxusowym domku, śpimy we cztery w wielkim łożu. Nagle, w środku nocy, wracam z toalety, już mam się położyć, a tu ktoś przeraźliwie krzyczy: ‘ktoś tam stoi!’, wskakuję więc szybko do łóżka i również wrzeszcząc chwytam koleżankę za przedramię, a ona wytrzeszcza oczy jakby ducha zobaczyła i również wrzeszczy. Wrzask czterech lasek szybko przechodzi w śmiech i takim oto miłym akcentem kończy się stary albo zaczyna nowy dzień.

Niedziela, wg planu, dzień powrotu do codziennego życia na bali. Po obfitym, najlepszym śniadaniu, jakie dane mi było zjeść od dłuższego czasu wyruszamy w kierunku portu szukać chętnego do zabrania nas na Lombok. Zdecydowałyśmy opuścić rzekomo rajskie Gili – na zdęciach, nawet naszych wyglądają niesamowicie, ale musze napisać, że spodziewałam się więcej po owianych rajską legendą wyspach – i ostatni dzień przeznaczyć na szukanie prawdziwie rajskiej plaży właśnie na Lomboku.

Łódź publiczna na Lombok odpływała dopiero o 14, co oznaczało kilka godzin czekania, a łódź prywatna kosztowała prawie 5 razy więcej. Ostatecznie trochę poczekałyśmy i udało się dogadać z trójką mieszkańców Lomboku – muzułmanów, że weźmiemy prywatną łódź i podzielimy się kosztami. Nie obyło się oczywiście bez zgrzytów. On – głowa rodziny zaproponował, że my zapłacimy 2/3, a oni – w trójkę – 1/3 ceny. Chyba oszaleli. Nie było łatwo, ale koniec końców powiedział: ‘ok. everyone the same price’. I choć nie mam pewności czy tak naprawdę wszyscy zapłaciliśmy po równo, czy na przykład nie wynegocjował niższej ceny w kasie, można rzec, że ta odpowiedź była satysfakcjonująca. Oprócz nas i Islamskiej rodziny wsiadło jeszcze kilku Indonezyjczyków, których przeprawa na drugi brzeg sponsorowana była prawdopodobnie przez nas.                                           15 minut i jesteśmy. Bierzemy motory i w drogę. Nasz cel – Kuta. Nie, nie Kuta na bali. Kuta na Lomboku, gdzie podobno jest rajska plaża. Po drodze zauważyłyśmy informacje turystyczną skąd wzięłyśmy prymitywną, odręcznie narysowaną mapę, która to pokazała nam jak dotrzeć do raju. Kilka godzin jazdy, zdążył nas złapać deszcz, Kai i Oli zdążyło zabraknąć paliwa, ale dojechałyśmy. No i … wow! To prawda, taką plażę można nazwać mianem rajskiej, wiadomo, nie takiej z najwyższej półki, bo zawsze może być lepiej, ale pierwsza rajska plaża odnaleziona.                                                          W poleconym przez napotkaną białą kobietę ‘soma soma’ (nie jestem przekonana, czy tak się to pisze) barze znajdującym się na plaży wypiłyśmy i zjadłyśmy same dobre rzeczy. Zdecydowałyśmy również, że wracamy następnego dnia.

Pan z ‘soma soma’ baru powiedział nam, że są domki do wynajęcia w przystępnej cenie. Nie myśląc zbyt wiele zgodziłyśmy się, uznając cenę 50 tys. od osoby za niską. Zważając że w jednym łóżku spałybyśmy tylko we dwie, a nie cztery.

Po oglądnięciu domków i uznaniu że są ok, zostawiłyśmy rzeczy i pojechałyśmy rozejrzeć się po okolicy. Było już ciemno, odkrywanie innych rajskich plaż nie miało sensu, więc pojechałyśmy do centrum Kuty. Centrum hmm … no zdecydowanie nie było to centrum takie jak w balijskiej Kucie. Jedna główna ulica, cisza, mało ludzi. Przypomniałam sobie o naszych domkach przy ‘soma soma’ barze i naszły mnie wątpliwości, a właściwie, po przypomnieniu sobie akcji z nocy w lux domku na Gili Air, gdzie na dodatek byłyśmy we cztery, zaczęłam mieć wątpliwości czy nadchodząca noc byłaby spokojnie przespana. Trzeba dodać, że miejsce gdzie miałyśmy nocować znajdowało się dosłownie – in the middle of nowhere!

Zatrzymałyśmy się więc w kilku homestay’ach, popytałyśmy o ceny i znalazłyśmy. Przyzwoite pokoje za 40 tysięcy od osoby. Cena nas zaskoczyła więc zapomniałyśmy nawet o obowiązkowych negocjacjach. Ok, zostajemy. Teraz tylko trzeba odebrać rzeczy, powiedzieć … no właśnie,                 trzeba ‘coś’ powiedzieć i … spieprzać!
Poszło gładko.

Poniedziałek. To już definitywnie ostatni dzień naszej wycieczki. Plan był prosty. Chill na rajskiej plaży i opalanie na całego. Tak też się stało. Cały dzień przeleżałyśmy na plaży popijając mleko z kokosa.

Po południu, świadome cierpienia, jakie nas czeka w związku z hmm … zaczerwienioną skórą, wyruszyłyśmy w drogę powrotną. Poszło w miarę sprawnie, i już ok. 2 w nocy byłyśmy w domu.

Wycieczka jak najbardziej udana. Rajska plaża wreszcie odnaleziona.                                                         Kuto na Lomboku! Możesz się spodziewać naszego powrotu!


Jestem w indonezji. Jestem na bali.

Od dawna chciałam założyć bloga. By opisywac swoje wojaże, by choć częściowo uporać się ze swoimi zagmatwanymi myślmi, by rodzina i znajomi wiedzieli co, gdzie, kiedy – ale nigdy mi się nie chciało.

Nadszedł jednak ten dzień –dziś, 13.10.2011 roku, godzina 11:09 czasu balijskiego (kiedy pisałam ten tekst był właśnie ten dzień) – kiedy leże w hamaku na balkonie i zaczynam przygodę z przelewaniem myśli na elektroniczny papier.

Być może czasem moje wpisy będą zbyt osobiste, zbyt zawiłe, by ktokolwiek poza mną je zrozumiał, bądź zbyt powierzchowne, ale zawsze będą moje. I to jest właśnie główna przyczyna powstania tej strony. Przyczyna zwana – ja. Własny blog był jednym – jest jednym, z moich marzeń wiec staram się je realizować.!

(edit)Godzina 11:20 czasu balijskiego, wciąż 13.10.2011r. – właśnie przeżyłam swoje pierwsze trzęsienie ziemi.  Nic wielkiego, ale do listy must experiance mogę dopisać. 

Wracając do tematu.

Zamierzam opisywać to co się dzieje w miarę na bieżąco, chce znaleźć też czas na zamieszczenie kilku wpisów dotyczących przeszłości. Kilku wcześniejszych podróży czy pobytu na bali przed 18.10.2011r.

Mam nadzieję, że blog ten będzie wspaniałą pamiatką, być może nie tylko dla mnie. I jak kiedyś będę siedzieć w swoim domku nad oceanem, czy to w Nowej Zelandii, Californii czy na którejkolwiek z rajskich wysp, położę się znów w hamaku i przypomnę sobie wszystkie piękne , niewiarygodne, przerażające – moje chwile.

Wszystkie komentarze i sugestie dotyczące prowadzenia bloga czy sposobu pisania etc będą mile widziane – niekoniecznie wykorzystywane. 🙂

P.S. Podobno trzęsienie miało siłę 6 stopni w skali Richtera.